Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koty. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 lutego 2012

Tego nie robi się kotu...

   
Umrzeć - tego nie robi się kotu.

Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.

Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.

Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.

Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.

I wieczorami lampa już nie świeci.

Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.

Ręka, co kładzie rybę na talerzyk
także nie ta, co kładła.


Coś się tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.

Coś się tu nie odbywa,
jak powinno.

Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął.

I uporczywie go nie ma.


Do wszystkich szaf się zajrzało,
przez półki przebiegło.

Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.

Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery.

Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać.


Niech no on tylko wróci,
niech no się pokaże.

Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.

Będzie sie szło w jego stronę
jakby sie wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.

I żadnych skoków, pisków na początek.

Tego nie robi się kotu.

(W. S.)

.

czwartek, 3 listopada 2011

Festiwal obłudy

   
Zbigniew Ziobro, wiceprezes PiS, wraz ze swymi pachołkami poplecznikami pędzi do założenia własnej partii politycznej. Przy tym zarówno on, jak i Jacek Kurski, ma gębę pełną frazesów nt. jedności prawicy, niepodważalności przywódczej roli umiłowanego przywódcy Jarosława Kaczyńskiego, o potrzebie demokratyzacji Prawa i Sprawiedliwości, o potrzebie wygrywania wyborów itp.

Dobra mina do bardzo złej gry.

Oczywiście, Ziobro ma pełne prawo wyjść z PiSu i założyć swoją własną partię, a nawet dwie. Jednak to, że rozwodzi się o potrzebie "demokratyzacji" i "debaty" w PiS, świadczy o jego niesłychanej obłudzie. W ten sposób Ziobro wymusza na Kaczyńskim zryw emocjonalny i wypieprzenie go z partii z hukiem, sobie zaś rezerwuje aureolę męczennika. Doskonale zdaje sobie sprawę, że nic tak prezesa nie rozwścieczy, jak czcza gadanina o "demokratyzacji", i to z ust tego, kto był głównym Cerberem i zamordystą "IV RP". Im więcej będzie demonstrowanej chęci do "debat", tym szybciej Kaczyńskiemu puszczą nerwy. W dokonanej rozgrywce to Kaczyński sobie zaszkodzi i będzie tym "złym". A Ziobro? Przecież miał czyste, odważne, światłe intencje!

Ale za kogo Ziobro ma nas, wyborców, zwykłych ludzi?

Wszyscy wiemy, jaki jest Jarosław Kaczyński. Można go lubić, można nie lubić (ja go lubię o tyle, o ile uważam, że żadna osoba, goszcząca w domu kota, nie może być do końca złą. Tak samo jak i żadna osoba, będąca z zamiłowania myśliwym, nie może być do końca osobą dobrą. Tak jest, Panie Prezydencie Komorowski!), ale nawet największym jego życzliwcom nie przyjdzie do głowy twierdzić, że Kaczyński może rządzić demokratycznie i pozwalać na kwestionowanie wygłaszanych przez siebie poglądów i obranych kierunków. Owszem, dziadek może być i bardziej uśmiechnięty, i bardziej srogi, podobnie jak Pan Bóg - raz "dobra bozia", a kiedy indziej "siecze rózgą surowości", a mimo to Bogiem wciąż pozostaje, i to wcale nie demokratycznym, czego od Boga zresztą nikt nie oczekuje - ale demokratą Kaczyński nigdy nie będzie, bo to nie ten typ osobowości.

"Nie wiedzieć" o tym po tylu latach współpracy z nim oznacza robić durniów z wyborców. Do czegoś takiego nie zniżyła się nawet Joanna Kluzik-Rostkowska, która owszem, udawała, że "bozia jest zawsze dobrotliwa", ale nie ubolewała obłudnie nad brakiem wymarzonej demokracji. Zresztą, nawet gdyby "ubolewała", miałaby na to większe prawa, niż krwawy minister sprawiedliwości, bo nie przelała za PiS żadnej krwi, ani swojej, ani cudzej.

Panie Ziobro, w świetle powyższego pamiętne słowa Leszka Millera nabierają znamiona proroctwa: "Zero" odnosi się do odsetka wyborców popierających nową Pana partię w przyszłych wyborach parlamentarnych.

Millerze, wierzę w Twoje przepowiednie!

.

środa, 1 czerwca 2011

Śpieszmy się kochać...

 
 
Mój Tasior ma białaczkę...  Odczuwa silne bóle, podobne do tych po urazach mechanicznych. Leczono go tak, jakby potrącił go samochód, aż wczoraj wykonano test białaczkowy, który raptem ukazał prawdę...
Lekarz prowadzący zalecił eutanazję. Straszne słowo, zwłaszcza gdy dotyczy najbliższych. Zwłaszcza tych najbliższych, którzy absolutnie nie chcą umierać, lecz każdym ruchem i gestem wykazują ogromną chęć życia.

Decyzja, a to jakże, należy do mnie. Ale nie jestem absolutnie na to przygotowany. Mając w zanadrzu trochę czasu, pompując kotka lekami przeciwbólowymi, postaram się zwrócić do czołowych specjalistów - jakich tylko uda mi się w Warszawie znaleźć.

Ale widmo śmierci jest naprawdę blisko. I choć nie jest mi ono nieznane, te słabe łapki kotka, które wyciągał on do mnie i którymi próbował zatrzymać moją rękę przy swojej klatce w przyklinicznym szpitaliku, gdzie teraz leży, doprowadziły mnie do koszmarnej rozpaczy.

.

wtorek, 21 grudnia 2010

Kocia rodzina


Wbrew pozorom, nie ma takiej sielanki, na jaką wyglądają te zdjęcia. Mimo, iż Mirka uznaje Taśka za swojego i akceptuje jego obecność (np. innego kota, który raz wskoczył na parapet, pogoniła tak, że tylko pióra leciały), nie wykazuje chęci zaprzyjaźnienia się z nim. Nie dopuszcza go do siebie, nie daje się "rozruszać". Czasem na niego syknie, czasem uderzy. Co najwyżej raz dziennie się obwąchują, poza tym trzymają się na dystans... 






sobota, 30 października 2010

Małpa z brzytwą i inne sprawy

 
  Kochani, nie było mnie długo :)

Odbyłem podróż do czegoś, co niegdyś nazywałem Krainą Mordoru, gdyż przewodził nią pewien Sauron. Lecz po paru latach nieobecności muszę przyznać, że Kraina Mordoru stała się po prostu cyrkiem, a rządzi nią Główna Małpa, na dodatek z brzytwą. Nie wieje już grozą, lecz jest po prostu śmieszne (lub smutne, jak kto woli). Owszem, miejscowym nie jest do śmiechu, gdyż muszą w "pracach" cyrku uczestniczyć w sposób jak najzupełniej bezpośredni i czynny, a małpę - miast wsadzić do klatki - muszą czcić.
Ale z pewnością nie to jest w tej chwili dla mnie najważniejsze, tzn. nie po to piszę ten post.

W drodze do cyrku miałem przesiadkę na stacji w Terespolu. Zimno było i ohydnie, a pomysłowi Polacy, kiwając na Unię Europejską (sypnęła, wredna, szmalem na robociznę), zamknęli na amen miejscowy dworzec w celach jego dogłębnej rekonstrukcji - i to akurat kiedy zima zaczęła się zaczynać.
Ludzie oczywiście są nawykli do wszystkiego - więc mogą stać sobie godzinami na mrozie, czekając na przesiadkę. Ludzi grzeje bowiem umysł, zmysł i moralność, a nie futro czy kaloryfer. Ale ze smutkiem myślałem sobie o tych kilku pieskach i kotkach, co w budynku dworca miały zawsze schronienie. Oczywiście, żaden zwierzak nie miał szans na przetrwanie tak dogłębnej tego dworca rekonstrukcji.
I nagle zobaczyłem małego, może trzymiesięcznego kotka, który biegał po peronie wśród ludzi, prosząc o jakiekolwiek pożywienie. Pewnie nie musiał ciągle biegać, ale, kiedy próbował przystanąć, było mu zimno w łapy, więc podciągał je na przemian. Kiedy tylko coś mu dałem do zjedzenia, natychmiast się rozmruczał i próbował się bawić, co mu na tym mrozie nie bardzo wychodziło. Uzmysłowiłem sobie, że zapowiadanej Zimy Tysiąclecia na peronie wśród wrażliwych na los zwierząt pracowników PKP on nie przeżyje, i stałem się smutny. Pomyślałem przez chwilę, że mógłbym mu pomóc, jak będę wracał. Przez chwilę tylko, bo w drodze powrotnej zapowiadał mi się ciężki bagaż, stracona przesiadka i być może w ogóle jazda inną trasą.

Wracałem z cyrku po tygodniu. Miałem 4 ciężkie torby, ale na szczęście nie straciłem przesiadki i wylądowałem na tymże terespolskim peronie. I zastałem kotka w tym samym miejscu, w tej samej roli. On, jak mnie zobaczył, od razu wgramolił mi się na kolana, a potem i wyżej, łażąc dookoła mojej twarzy, siedząc mi na karku i wylizując mnie w szyję.

No więc wsadziłem kotka sobie na kark i zabrałem ze sobą do Warszawy.

A on wreszcie mógł spokojnie się wyspać w ciepłym pociągu, rozkładając się na siedzeniu w przedziale.
(Pewnie osoby mające koty wiedzą, co to znaczy próbować wejść z kotem do pociągu, i to bez klatki - ile to będzie miauczania, pazurów, nerwów, łażenia po suficie i prób wyskoczenia przez okno - a gdy jeszcze na dodatek to nie nasz kot...). No więc ten nie mój kot całkowicie mi zaufał i przez 2.5h podróży budził się parę razy tylko po to, by porcją mruczenia wyznać mi swoje uczucia.

A więc mam tego kotka. Nazwałem go Tasiek :) Pewien jego pierwowzór niech wie, że nie to był przypadek :)

Kotek jest śliczny, grzeczny, słodziutki; wie, do czego służy kuweta, zaś przy opcji "otwarte okno" stanowczo opowiada się za parapetem wewnętrznym.

A okno jest otwarte, bo moja Mirosława od 9 lat kuwety nie potrzebuje, gdyż całkowicie wyzwoliła mnie z konieczności sprzątania po sobie i zawracania sobie głowy jej problemami toaletowymi. Ona jest damą z klasą.

A kotek jest cudowny. Aż widać, jak bardzo on pragnie być kotkiem idealnym. Niestety, pobyt na peronie odcisnął na nim swoją pieczęć - to tak zwane "głodne dziecko". On notorycznie szuka jedzenia, a jak znajdzie, pożera wszystko. Nie ważne, czy jest tego dużo, czy mało. Kotek jest jak szarańcza. Po wykończeniu pokarmu mokrego czy suchego nic mu nie pozostaje, jak tylko iść do miski z wodą i pić ją na zapas. Nie przyjmuje do wiadomości, że w tym domu jedzenie (raczej) zawsze jest. Bo jak nawet chwilowo go zabraknie, to ja ofiarnie oddaję swoje parówki.

Pewnym problemem jest jego relacja z Mirosławą, która liczy sobie już 9.5 roku i nigdy swoich dzieci nie miała. Kiciunia, oczywiście, była w lekkim szoku, a potem zapadła w lekką depresję. Wycofała się i nawet nie próbuje z Taśkiem walczyć o swoje. Już się trochę oswoiła z jego obecnością, ale nie podpuszcza kotka do siebie bliżej niż na pół metra. Warczy, ryczy, syczy i prycha na niego, ale uderzyła go zaledwie dwukrotnie, gdy ją zaskoczył w kącie lub od góry. Tak to jedynie poucza go, żeby się nie zbliżał. A kotek wówczas nieruchomieje, i choć na pewno się jej nie boi, to grzecznie się wycofuje. Zresztą, ona też woli się wycofać z kłopotliwej sytuacji, niż eskalować konflikt i egzekwować swoje prawa. Potrafi nawet odstąpić mu swoje jedzenie czy wodę.
Zastanawiam się, na ile cała ta sytuacja jest dla niej bolesna, na ile ona cierpi. Bardzo bym nie chciał, by po tylu latach istnienia razem fundować jej raptem jakiegoś, jak się wyraziła moja mama, "młodego chuligana". Nie, nie jest on chuliganem, więc mam nadzieję, że uda im się zbliżyć i że nikt nie będzie z tego powodu cierpiał. Oczywiście, poświęcam jej znacznie więcej uwagi i serca, niż Taśkowi - bo chcę jakoś jej wynagrodzić jego obecność.
No a ze strony Taśka problemu nie ma - on by bardzo chciał poznać starszą kicię. Oprócz głodu, on niczego się nie boi (ani wody, ani szumu, ani podróży...), jest umysłem świeżym i nieskażonym.



środa, 18 sierpnia 2010

Miau.

 Moja Kiciunia ma pewną niesamowitą zdolność.
Podobno jak i inne koty, boi się wody.
Ale dziwnym zwyczajem nie odpuściła sobie w ciągu swojego 8-letniego życia ani jednego deszczu: za każdym razem spędza całą ulewę gdzieś na dworze, a potem przylatuje do domu mokra jak po kąpieli i z krzykiem domaga się ode mnie wyrazów pocieszenia! Na dodatek, zachowuje się wówczas niczym pijana: rzuca się na bok, pociąga pazurami i mruczy co starczy sił.

Czy inne wychodzące koty również tak mają?

.

czwartek, 17 czerwca 2010

Mirosława




 Moja Kiciunia, z którą jestem od 8.5 roku, jest kochana. Nigdy nie wchodzi na ręce czy do łóżka. Nigdy nie kradnie jedzenia. Załatwia się we własnym zakresie poza domem, a w domu z kuwety nie korzysta od lat. Może swobodnie wychodzić, ma otwarte okno. Kiedy nikogo w domu nie ma, ona wychodzi nawet na cały dzień. Ale kiedy jestem, ona zawsze siedzi w domu, przy mnie. Nie nudzi się, no i chyba lubi moje towarzystwo. Kiedy gdzieś się z domownikami zgromadzamy, przychodzi i kładzie się obok, bo nie lubi być sama. Zawsze mruczy jak najęta. Śpi w kartonie po zestawie mleka. Latem czasem ją kąpię, gdy jest za gorąco. Ona uważa, że moje miejsce jest w kuchni przed komputerem. Gdy wychodzę do pokoju, ona idzie za mną i krzyczy, żebym wracał na swoje miejsce. Łapie myszy i zawsze się nimi dzieli, przynosząc dla mnie kawałek pod komputer. Na co dzień wydaje z siebie takie dźwięki, jakimi kocica porozumiewa się z małymi. Prawie zatem nie miauczy, tylko bardziej "szczeka". Kiedy zaczynam ją głaskać, podnosi się i grzecznie przyjmuje pieszczotę na stojąco - nawet jeżeli wcześniej spała. Nigdy nie jest natrętna. Lubi wylizywać mnie w policzek i w skroń - co robi przy każdej okazji, gdy biorę ją na ręce, lub gdy podchodzi rano do łóżka - kiedyś próbowała w usta, lecz potem zrozumiała, że się tego stronię, i przestała próbować. Gdy widzi kiełbasę lub parówkę - zawsze prosi, ale również zawsze zadowala się jednym kawałkiem "na próbę" i nie domaga się więcej. 


Ona już mi nie przypomina niegdysiejszej koleżanki ze studiów, ku czci której dostała swoje imię, tylko pewną panią, którą lubię i szanuję, która jest uprzejma, miła, sprawiedliwa, uśmiechnięta, uczciwa, merytoryczna i zawsze poprawna - ale w tej poprawności można wyczuć pewien dystans, który nie pozwala jej rzucać się na szyję, skarżyć się na los czy dzielić się osobistymi przeżyciami - to swojego rodzaju dystans, może nawet niezamierzony, lecz który nie pozwala na całkowicie "zżycie się" z tą osobą. Ale może to i lepiej... czasem dystans wychodzi tylko na zdrowie... a w sumie z kotem jakiś dystans zawsze niby jest... wzajemny szacunek, a nie tylko ślepe i gorące uczucie... tylko że czasem patrze na te lata bycia razem i zastanawiam się, dlaczego jednak wciąż te bariery istnieją. Biorę ją wówczas na ręce, ona zaczyna mnie wylizywać w twarz, jej mruczenie mnie uspokaja - i już nie wiem, czy mam z tym dystansem rację. Tyle że potem znów podchodzę, by ją pogłaskać, a ona karnie-grzecznie, jak zawsze, podnosi się na nogi, mimo że spała. I mi szkoda, że ją obudziłem. 
Nie wiem, dlaczego jest w niej ta karna grzeczność... 


W ciągu tych lat przez moje życie, głowę, serce i łóżko przewinęło się wiele osób... i tylko moja Kiciunia niezmiennie jest ze mną. Nie wybiera bogatszych sąsiadów lub smaczniejsze posiłki, którymi ktoś ją nieraz częstuje. Jest wierna, bo wie, kto związał z nią swoje życie. 


Bierzcie z niej przykład, człowieki! 


czwartek, 3 czerwca 2010

"Nie lubię kotów, bo są fałszywe"...



 Nie ma nikogo bardziej fałszywego od człowieka. 


sobota, 22 maja 2010

Książę obłudy


Biskup zły za aborcję, która uratowała życie 


Biskup Phoenix grozi ekskomuniką wszystkim katolikom, którzy wzięli udział w podjęciu decyzji o aborcji w miejscowym szpitalu katolickim, choć prawdopodobnie uratowała ona kobiecie życie (artykuł Marcina Bosackiego z Gazety Wyborczej...)

Pod koniec ubiegłego roku do Szpitala Św. Józefa w Phoenix zgłosiła się kobieta w ciąży i z nadciśnieniem płucnym - chorobą, która zmniejsza wydajność płuc i serca. Stan chorej pogarsza się w wyniku ciąży i czasem może prowadzić nawet do śmierci. Tak, jak wynika z oświadczenia szpitala, miało być też w wypadku kobiety ze Szpitala Św. Józefa, której nazwiska nie ujawniono.

Sprawa stała się w ostatnich dniach w 
USA bardzo głośna, bo w ubiegłym tygodniu biskup Phoenix Thomas Olmsted wydał oświadczenie przypominające, że wszyscy biorący udział w aborcji, w tym osoby zaangażowane w decyzję w sprawie pacjentki Szpitala Św. Józefa, są automatycznie ekskomunikowani, czyli wykluczeni z życia Kościoła. 
Dotyczy to jednej z ówczesnych szefowych szpitala siostry Margaret McBride, która jako członkini Rady Etycznej szpitala brała udział w podejmowaniu decyzji wraz z samą pacjentką i jej rodziną. Siostra została parę tygodni temu przeniesiona na inne stanowisko poza szpitalem. Ale ekskomunika, jak podkreśla biskup, obejmuje też wszystkich innych katolików, którzy brali udział w decyzji o dokonaniu aborcji. Zgodnie z przepisami Kościoła mogą oni apelować o uchylenie ekskomuniki.

Biskup Olmsted, uważany za jednego z najbardziej konserwatywnych członków amerykańskiego episkopatu (kilkakrotnie atakował m.in. prezydenta Baracka Obamę), pisze w swym oświadczeniu: "Choć lekarze powinni oczywiście starać się ocalić życie matki w ciąży, nie mogą tego robić metodą bezpośredniego zabicia nienarodzonego dziecka". Biskup cytuje kościelny dokument "Dyrektywy religijne i moralne dla katolickich ośrodków zdrowia", który mówi, że "aborcja nigdy nie jest dozwolona" i katolickie szpitale "nigdy nie powinny świadczyć usług aborcyjnych".

Władze Szpitala Św. Józefa bronią decyzji o przeprowadzeniu aborcji. Tłumaczą, że choć same "Dyrektywy" "pokazują standardy i wskazówki, to nie mówią o wszystkich skomplikowanych wyzwaniach stojących przed katolickimi ośrodkami zdrowia", a takim jest właśnie "sytuacja, w której ciąża zagraża życiu kobiety". Szpital uważa, że przy braku jasnych wskazówek ze strony "Dyrektyw" decyzja należała do lekarzy i samej pacjentki przy pomocy Rady Etycznej szpitala.

Biskup Olmsted odrzuca to rozumowanie, pisząc, iż "życie nienarodzonego dziecka jest tak samo święte jak życie matki i nie można wybierać jednego ponad drugie", a "bez względu na okoliczności aborcja jest zawsze niemoralna".

Władze szpitala podkreślają z kolei, że podzielają "przekonanie, że każde życie jest święte", jednak "w tej tragicznej sprawie postępowanie konieczne do ratowania życia matki wymagało przerwania 11-tygodniowej ciąży".

Cała sprawa opisana w sobotę przez dziennik „Arizona Republic” wywołuje w USA zawziętą dyskusję. Na katolickiej stronie CatholicCulture.org internauta Carnelius napisał: „Nie do uwierzenia. Czy ta » Rada Etyczna « kiedykolwiek brała udział w katechezie [katolickiej]? Czy siostra McBride kiedykolwiek przeczytała »Evangelium Vitae « [encyklikę Jana Pawła II o świętości życia]?”.

Jednak na lewicowej stronie HuffingtonPost.com bioetyk Jacob Appel wprost apeluje, by zakończyć współpracę państwa amerykańskiego ze szpitalami katolickimi i pisze, że "choć panowie Olmsted i Ratzinger mają prawo do swych opinii", to "ekstremizm katolicki powinien spotkać się z takim samym oporem, z jakim za granicą traktujemy talibów".
Aborcja od wyroku sądu najwyższego w 1973 r. jest w USA w zasadzie dostępna na życzenie. W ostatniej dekadzie zdelegalizowano jednak szczególnie brutalną metodę "aborcji przez częściowe urodzenie", a także uznano, że poszczególne stany mogą zakazać aborcji w jej późnych stadiach.

(... i moje trzy grosze): 

To niestety jest typowa katolicka obłuda.
Bardziej nas wszystkich (no... prawie wszystkich) zajmuje los ślimaczka na drodze czy zdechłe z przyczyn naturalnych bocianięta, niż cierpiąca sąsiadka, potrzebująca matka, umierający kloszard na ławce czy ten ktoś, kto przymiera głodem we własnym domu, ale wstydzi się wyjść żebrać na ulicę, okazując swoją słabość.
Takim to my pomagamy odświętnie, raz do roku, z dumą naczepiając na łeb serduszko Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i wyczerpując obowiązujący nas limit dobrych uczynków. I potem mamy spokój przez cały kolejny rok – „przecież pomogliśmy”! Nic więcej nas nie obchodzi w wymiarze miłowania bliźniego.

I jak tu się dziwić, że płód – „czysto-niewinny” ruszający się kawałek mięsa - jest dla nas ważniejszy, niż jego matka – być może „krowa” i „zdzira" na co dzień? Tę matkę niejeden katolik byłby gotów zjeść żywcem, a płód – to przecież takie malutkie pisklę, taki „kotecek”, uci-uci-pusi-pusi!
Tyle że jak dorośnie, nie będzie już tak atrakcyjny… podzieli w naszej świadomości los i wizerunek jego matki. Będzie mniej "kochany" i mniej wartościowy, tak jak wyrośnięty kocur, którego trzeba kochać i szanować, a nie tylko przytulać niby poduszkę, jak to było w czasach jego dzieciństwa. Kocura - nieprawdaż? - można i do schroniska oddać, albo i w ogóle "wypuścić" go do lasu, "zwrócić mu wolność" - jak mawiała pewna znajoma. 

A wszystko dlatego, że tak naprawdę my, ludzie, bliźnich swoich - zwierząt czy człowieków - nie kochamy
Bo przecież gdyby było inaczej - cały świat inaczej by wyglądał!

Z Panem Bogiem.