wtorek, 15 marca 2011

Bezpieczny atom w Polsce? Uciekać!

    
 
 W Japonii dzieje się, co się dzieje. Wybuchy w elektrowni atomowej następują jeden po drugim; nikt nic nie wie, wszyscy tylko "mają nadzieję" i w międzyczasie się ewakuują. W obrębie 20 lub 30 kilometrów wszystko już chyba wymarło.
Ale wszyscy kreatorzy opinii publicznej - i w Japonii, i w Polsce - jak ognia unikają tego, co samo się ciśnie na myśl:

Czarnobyl.

Wszystko się powtarza. Pławią się rdzenie reaktorów. Żadna, nawet najmocniejsza, obudowa reaktorów atomowych nie jest w stanie zagwarantować bezpieczeństwa ani pewności, że tak mocny kataklizm, jak trzęsienie ziemi w połączeniu z tsunami, nie zagrozi życiu i zdrowiu milionów ludzi.

W Polsce od lat trwa dyskusja na temat elektrowni atomowej w naszym kraju. Ba, dyskusja może sobie trwać, ale i tak jesteśmy na najlepszej drodze do tego, by wszyscy we wszystko, co trzeba, uwierzyli, i elektrownia sobie w najlepsze powstała.

Czy się boję?
Owszem.
Być może dlatego, że 26 kwietnia 1986 byłem znacznie bliżej Czarnobyla, niż większość mieszkańców naszego kraju. Tak już się złożyło... Byłem niedaleko i bawiłem się pod strugami ciepłego wiosennego deszczu - nikt nic nie wiedział, nie było komu zapędzić mnie do pomieszczenia.

Przecież wszyscy zdajemy sobie sprawę, że elektrownia zbudowana przez światowego giganta myśli technicznej i Króla Jakości Jakiejkolwiek Produkcji - Japonię - jest niby setki razy bardziej bezpieczna, niż przedpotopowa radziecka technologia atomowa. A jednak... "nikt nic nie wie", za to wszyscy mają nadzieję i pewnie się modlą. Jakoś mnie to nie pociesza.

Oczywiście, Bałtyk to nie Ocean Spokojny, a i naszego miejscowego trzęsienia ziemi, którego miałem niby doświadczyć parę lat temu w Suwałkach, w ogóle nie zauważyłem (jak pewnie i cała ta marniutka suwalska zabudowa, w żadnym wypadku nie budowana z myślą o jakichś kataklizmach).

Ale przecież i Polacy to nie Japończycy.
I tego chyba boję się najbardziej.

Zauważyłem pewną prawidłowość:
metodą "zrywu narodowego" potrafimy cokolwiek zbudować, i to nawet fajnego. Ale potem pocieramy ręce, wydajemy z siebie pełne ulgi westchnienie i, uspokojeni, na zawsze zapominamy o problemie.
A przecież nie wystarczy zbudować, trzeba jeszcze i utrzymać...

Gdyby o tym prostym fakcie notorycznie u nas nie zapominano, nie sypałyby się gierkowskie wiadukty, przedwojenne kamienice, linie kolejowe, organy w kościołach, cenne inicjatywy i wiele-wiele czego innego.
A tak, zapewniam Państwa:
będzie się sypać Stadion Narodowy, metro warszawskie, mosty Gdański, Grota-Roweckiego, Siekierkowski, Świętokrzyski, Południowy, Północny, Na Zaporze i wszystkie inne. Rozsypią się wszystkie te arcywspółczesne wieżowce, nowe tramwaje i wagony kolejowe, jednorazowo wyremontowane superniebotycznym wysiłkiem ulice, zabytki i dworce kolejowe. Po wybudowaniu w 3040 roku Kolei Dużych Prędkości (słynne "Y" łączące Warszawę, Łódź, Poznań i Wrocław), kolej co roku będzie zwalniać, aż dojdzie do swojej przysłowiowej "ogólnonarodowej" trzydziestki na godzinę w znacznie krótszym czasie, niż całe to słynne "Y" powstało.

Gdyby tak się nie stało, bylibyśmy drugą Republiką Federalną, a tak przecież sami wiemy, jak jest i jak będzie. Nieprawdaż?

Zatem, proszę Państwa, nie trzeba żadnych tsunami w tej naszej bałtyckiej kałuży, by w pewnym momencie elektrownia atomowa pierdolnęła tak, że żywcem trafimy wprost do nieba. Wystarczy typowo polskie podejście do wszystkiego, co nas otacza, i kilka-kilkanaście latek cierpliwości.

Wiedzą o tym Niemcy. Dlatego i proszą nasz rząd o kolejnym zastanowieniu się nad celowością budowy elektrowni. Po prostu nie wierzą Polakom, że utrzymają swój atom w ryzach bezpieczeństwa. Dlaczegoś bardzo rozumiem ich obawy...

Przecież nie sposób zapomnieć, że nasze władze warszawskie dopiero zaczęły się drapać po dupie, jak wiadukty w Alejach Jerozolimskich posypały się na tory kolejowe, na dachy pociągów. Wcześniej nikt sobie tym głowy nie zaprzątał, ba, pewnie nawet nie wiedział, że wiadukty, jak i inne obiekty publiczne, należy jakoś okresowo sprawdzać, badać, kontrolować...

Nie jest sztuką zbudować, sztuką jest utrzymać.
Nie będzie w Polsce "bezpiecznego atomu".
Nic, co jest zarządzane przez nas, nie jest bezpieczne.

Ci, którzy twierdzą inaczej, to kosmici.
.

2 komentarze:

  1. ale większe niebezpieczeństwo mamy z elektrowni atomowych z naszego wschodu i d. NRD. a mając u siebie przynajmniej mamy jeszcze korzyści. ja popieram budowę budowę elektrowni atomowej.
    pozdrawiam Nortus

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, jesteśmy otoczeni elektrowniami, ale to nie my ponosimy za nie odpowiedzialność :)

    OdpowiedzUsuń